Noc wyglądała tak
 godzina  00:58"Pani Doktor,
za pare godzin wylatujemy do Liverpoolu, operacja w czwartek (26/02/2009), proszę trzymac kciuki...MUSI SIE UDAĆ...Agnieszka"
Nie wiedziałam czy w szpitalu będę miała dostęp do internetu, więc ostatnie chwile spędziłam na poszukiwaniu polskich stron medycznych i spisywaniu już przetłumaczonych, wszelkich zwrotów , dotyczących operacji mózgu. Zupełnie niechcący trafiłam na stronę Martusiowy Cud Życia. Przeczytałam szybko historię imienniczki mojej córci i wiedziałam,że nie bez przyczyny ,przed samym wyjazdem trafiłam na tę opowieść. Pamiętam,że pomyślałam sobie "czy też kiedyś będę mogła napisać o cudzie Marty, naszej Marty?"
 Marta,  o której czytałam miała gwiaździaka, też 5 cm, też zaczęło się od zeza i w ogóle same "TEŻ". Pomyślałam sobie,że muszę bardzo dokładnie przeczytać ich przejścia w czasie i po operacji, chociaż była już 2:00 w nocy.Chętnie zabrałam się do lektury zważywszy,że miałam przed oczami zdjęcia już zdrowej Marty , bo operacja o której czytałam odbyła się w grudniu (!!!!!!!) 2004 roku. Chciałam wiedzieć wszystko.....i nagle zwątpiłam......było tam napisane,że Marta przestała mówić, chodzić i w ogóle funkcjonować jak należy.... Boże....Boże......może jednak nie jechać???Nie , no co ja w ogóle mówię....przecież to właśnie blog, który miałam znaleźć...blog z pokazaniem przyszłości, blog z nadzieją..... było źle , ale to było przejściowe.......Marty Kochane...macie imię "WOJOWNICZKI".
Mama tamtej Marty- Jaskóła, pisze na blogu tak:
"Napisałam tę historię, aby świadczyć o nadziei, że istnieje, że przygody, nawet takie jak ta, mogą szczęśliwie się kończyć. Napisałam tę historię dla Was wszystkich, bo jest żywym świadectwem siły dobra w człowieku, ile może dobro w nas samych, jak nas jednoczy i czyni cuda. Napisałam, aby powiedzieć a nawet wykrzyczeć, że czasami jest nadzieja wbrew logice, medycznym przesłankom, wbrew wszystkiemu.
Dziękuję, że pisaliście ze mną tę historię każdym swoim słowem, myślą, modlitwą, smsem, emailem..."Ja tez dziękuję, i Jaskólom za tego bloga , bo to był jak zastrzyk z nadziei przed wyjazdem i Wam wszystkim Kochani, którzy byliście i wciąż z nami jesteście.
P.S.
Pełno smsów przed wyjazdem przychodziło
Marza ( Athy-Irlandia) Kochana Aguniu.Mocno Was całujemy, sercem i duszą jesteśmy z Wami :-)*. Wierzę- ja wiem,że wszystko się uda i słoneczko będzie świeciło nad Waszą rodziną i Martunia będzie zdrowa :-) Łączymy się z Wami i trzymamy kciuki. Buziaki
Karolina ( Newbridge- Irlandia)"Aguś, trzymamy kciuki!Widziałam zdjęcie Martusi na nk. Boże gdzie jesteś?Dlaczego Martusia tak musi cierpieć?Wierzymy jednak ,tak samo jak Wy Kochani, ze MUSI SIĘ UDAĆ!!!I wspólnie będziemy się modlić za Martusię i lekarzy - bo wszystko w ich rękach. Za Ciebie też Aguniu - żeby siły i wiara były w Tobie, i za Przemka i za Wojtusia, bo oni również potrzebują siły.JESTEŚMY Z WAMI I WIERZYMY -  CZEKAMY NA WASZ POWRÓT!!!!!Aguś, Anioły czuwają!!!!!!"
Nie zastanawiałam się wtedy ,"gdzie jest Bóg", czułam obok siebie jego posłańców!!!!
Powiem Wam ,że nawet jeśli ktoś nie wierzy w Boga, to wszystkie te zbiegi okoliczności, te dobre zdarzenia, wszyscy Ci wspaniali ludzie, dzięki którym nie upadliśmy , są czystą energią, boską mocą i nieważne jak To nazwiemy. Ja nazywam Bogiem i jemu za wszystko  dziękuję i czasem proszę. Wtedy prosiłam bezustannie...,. w drodze na lotnisko , jak mantrę powtarzałam w duchu "nie opuszczaj nas teraz, pokaż swoje miłosierdzie, dałeś iskierkę nadziei -rozpal całe ognisko -niech płonie, niech rozpala życie w każdej cząstce Marty".