Te kilka dni z chłopakami, minęło tak szybko. Nie chciało mi się nawet myśleć, że teraz w kuchni będę sama jadła śniadanie, że czuwanie przy łóżku Marty będzie już tylko ze mną. Mało integrowaliśmy się tutaj z otoczeniem, bo "akcent liverpoolski" nie sprzyjał rozumieniu, a tym samym odsuwał od choćby sporadycznych i kurtuazyjnych wymian zdań typu " Dzisiaj piękna pogoda, wiosna zbliża się wielkimi krokami" etc.
No nic, trzeba będzie przywyknąć. Zaczęłam chodzić na szpitalną stołówkę, obserwować rytuały codzienne, szperać znowu w internecie, rozmawiać wieczorami na skypie. Każdy kontakt ze światem był cenny, każdy życzliwy wpis na "naszej klasie" podnosił mi poziom endorfin we krwi, a Marty uśmiech i chęć rozmowy jeszcze bardziej.
Przenieśli nas na salę, gdzie mogłyśmy się "rozgościć". Tutaj właśnie, w otoczeniu trójki innych pacjentów Marta miała dochodzić do siebie. Zaczęłyśmy od tablicy korkowej :))Tablica Marty w Alder Hey z ważnymi pamiątkami.
 Najpierw kilka słów o zdjęciach, które tak wybierałyśmy przed wyjazdemBeztroskie dzieciństwoŁąki w PolsceUkochana Babcia i Dziadek
Zdjęcie Dziadków towarzyszy Marcie w Irlandii od początku, w takiej właśnie ramce, którą zrobiła własnoręcznie w wieku 8-miu lat, i taką właśnie w oryginale wzięłyśmy.
Oprócz zdjęć, jest także Aniołek Marty z naszej  "Galerii Handmade" i dwie ważne pamiątki od przyjaciół, o których powiem Wam kilka słów. W styczniu przed wyjazdem przyszły do nas dwie przesyłki, pierwsza z Polski, od Wiolki ( moja przyjaciółka z lat szkolnych), jej córeczka Oliwia namalowała dla Marty obrazek..Wazonik z sercem i kwiatki od Oliwki.Znamy się z Wiolką od kilkunastu lat, kiedy rodziła się Marta ona była w Niemczech, kiedy ona rodziła Oliwkę ja już byłam w Irlandii,ale wciąż mamy bliski kontakt, nie straszne nam odległości, przyjaźń jak wiadomo jest ponad "czasoprzestrzeń" :))))Oliwcia jeszcze w brzuszkuOliwcia i Marta - lato 2006
 Druga niespodzianka przyleciała do nas z Francji. Tam wyemigrowała nasza ,dobra duszka - Julia. Ona zna Marcię od najmłodszych lat i zawsze jej kibicowała. Dzisiaj jest daleko, ale serduszkiem przy nas. Na tablicy widzicie zalaminowaną ,czterolistną koniczynkę i piękną kartkę od niej, na której opowiedziała nam historię "szczęśliwej roślinki". Zawsze wierzyłam w zabobony mojej Mamy, ale czterolistna koniczyna to już symbol znany wszystkim. Julcia wysłała mi zdjęcie, jak znalazła ją w nieużytkowanej doniczce za domem. Dzisiaj już wiem, przyniosła nam SZCZĘŚCIE ,naprawdę :))a tu na zdjęciu Julcia z dziećmi nad Morzem Bałtyckim....to były niezapomniane, beztroskie wakacje :)))
Juluś dziękujemy za pamięć, za wiarę, za dodawanie otuchy....buziakiReszta naszych przyjaciół wciąż z nami na skypie i telefonie....co ja bym wtedy zrobiła bez nich ........ mówi się, że człowiek swoje troski  przegryza sam, tak.....może to tak wygląda, ale tylko wtedy udaje mu się nie ogłupieć kiedy ma za plecami , taką rzeszę dobrych ludzi , jak ja miałam wtedy........
Reasumując: dni rekonwalescencji rozpoczęte, wprowadzony nowy steryd, waga wciąż rośnie, oczko prawe zamknięte,lewa strona kompletnie osłabiona, coraz trudniej Marcie siedzieć, zaczyna się regularna walka o każdy ruch.....