Realia naszych szpitali

4 lata temu

Na dziś miałam wyznaczony  termin przyjęcia do szpitala. Zgłosiła się o 9.00  tak jak wskazano. Jest godz. 11..25 a ja dalej czekam bo nie mam łóżka. Panią jedną położono na korytarzu. Jestem załamana bo nie mam ochoty leżeć w korytarzu. Brak poszanowania godności i intymności, dyskomfort psychiczny. Co radzicie?

48 odpowiedzi:
  • Dorzucę do tematu kilka swoich spostrzeżeń. Muszę gdzieś wyrzucić całą kumulację emocji a wiem, że tutaj mogę. Może moje doświadczenia komuś się przydadzą, oby nie ale zdarzają się różne sytuacje.

    Jak większość osób wie, dzieliłam się tutaj historią od jakiegoś czasu walczę z bezdusznym systemem oraz lekarzami. W trakcie swojej choroby nie napotkałam żadnych przeciwności, nie mam powodów do narzekań, do dnia dzisiejszego jestem pod fachową opieką. Natomiast to co przechodzę z mamą to istny koszmar ! Część opisywałam jednak się powtórzę.Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Mama po diagnozie otrzymała leczenie w formie chemioterapii, w sumie wzięła 2 schematy. Po zakończeniu i wykonaniu badań obrazowych stwierdzono, że leczenie nie przyniosło efektu, nic się nie da zrobić. Kazano odnieść kartę i nie pojawiać się nawet na wizytach kontrolnych. Dla mnie to było niepojęte dlatego zabrałam mamę na konsultację do innego ośrodka. Tam pan profesor bardzo się zdziwił i stwierdził, że tak nie może być, placówka ma obowiązek wykorzystać wszystkie możliwości oraz wiedzę dotyczącą leczenia. Powiedział, że jest dla mamy szansa terapii pod postacią kolejnej chemii. Wypisał dokument z zaleceniami i kazał z nim wrócić do ośrodka skąd ją odesłano. Po powrocie oczywiście lekarze nie chcieli się zgodzić na kontynuację. Niby na początku wyrazili chęć wyznaczyli termin stawienia się na oddział a gdy mama przyjechała wykręcili się brakiem miejsc. Kazali codziennie dzwonić i dowiadywać się o wolne łóżko. Po kilku dniach spychologii oraz dziwnych tłumaczeń nie wytrzymałam. Skontaktowałam się z krajowym Rzecznikiem Praw Pacjenta. Wytłumaczył co robić w tej sytuacji czyli żądać od placówki pisemnej odmowy leczenia oraz zwrócić się do rzecznika szpitala i mimo wszystko wystosować pisemną skargę do dyrektora ośrodka. Dopiero interwencja na samej górze przyniosła efekty. Zostałam z mamą zaproszona na rozmowę do ordynatora. Właściwie nie miał nic na swoją obronę, były dziwne tłumaczenia, że chcieli tylko zrobić przerwę itp, przeprosił, od razu wyznaczył termin i przy okazji zmienił lekarza prowadzącego bo mieliśmy wiele zastrzeżeń do pracy oraz podejścia tej osoby. Mama dostała zalecony przez profesora schemat, lekko zmodyfikowany ale z lekiem, który był przepisany. Z niecierpliwością czekaliśmy na wynik TK. Okazało się, że terapia zadziałała, lekarze nie kryli zaskoczenia i zdziwienia. Oczywiście sukces przypisali sobie, kilka razy powtarzali, że to oni wymyślili leczenie. Nie chciałam już się sprzeczać. Wspólnie po rozmowach doszliśmy do wniosku, że nie ma co w obecnej sytuacji podawać cytostatyków i przyda się przerwa na regenerację a w razie czego mamy w zanadrzu działającą kurację. Ustalono wizytę kontrolną za 3 miesiące.

    Przez długi czas nic się nie działo, mam czuła się bardzo dobrze aż z dnia na dzień pojawiły się straszne bóle w okolicy brzucha ( nie dotyczyły niedrożności bo gazy odchodziły, brzuch miękki, bez problemów z wypróżnianiem) Przez kilka nocy nie spała, nie mogła jeść. Zabrałam ją do Poradni Leczenia Bólu. Tam pani doktor wypisała odpowiednie środki. Nie zadziałały, po kolejnych wizytach powiedziała, że jej kompetencje się kończą. Bóle się nasilały więc wybrałyśmy się na oddział onkologiczny z nadzieją, że tam uzyskamy jakąś pomoc. I znowu przykra niespodzianka. Ordynator rozłożył ręce. Powiedział, że nic nie zrobi, nawet jej nie zbada bo to czyni tylko w środy a był piątek. Twierdził, że nie może nawet zajrzeć do dokumentacji i przez to nie wypisze żadnej recepty. Muszę przyznać, że byłam w totalnym szoku ! Wcześniej mówili, że w razie czego mamy się do nich zgłaszać a teraz typowa olewka. Brak słów. Dał mi nr telefonu do swojego pracownika, który również jest specjalistą w leczeniu bólu. I słowa : proszę do niego zadzwonić, dowiedzieć się gdzie dzisiaj przyjmuje i czy w ogóle was przyjmie. A teraz nie mam czasu do widzenia. Nie tego się spodziewałam. Oczywiście tej sprawy i takiego traktowania nie odpuszczę ale obecnie muszę się zająć mamą. Dodzwoniłam się do doktora z polecenia. Byłyśmy na wizycie, wystawił recepty na leki, które miały zniwelować ból. Tak się jednak nie stało a wręcz przeciwnie, mama wyła z bólu. Nie widziałam innego wyjścia tylko wyjazd na SOR tam gdzie się leczy. I znowu następna przeprawa z mało sympatyczną panią doktor. Po wyjaśnieniu z czym przyjeżdżamy nie chciała w ogóle mamy zapisać do kolejki. Powtarzała, że pobyt tutaj nic nie da i wrócimy z tym z czym przyjechałyśmy. Jednak ja nie ustępowałam, stanowczo kilka razy mówiłam, że żądam zapisu. Wreszcie uległa. Oczywiście trzeba było czekać. Rozumiem, że są inni pacjenci potrzebujący szybszej reakcji ale po dwóch godzinach nie wytrzymałam. Widząc wymęczoną mamę zwijającą się na krześle pomyślałam, że przejdę się do innego szpitala, tego w którym sama się leczę i zapytam czy ją przyjmą nawet jeśli nie jest ich pacjentką. Odległość nie za duża więc poszłam. Tam miła pani doktor na dyżurze wytłumaczyła, że właściwie nie stosuje się takich procedur ale skoro mama cierpi to udzielą pomocy bo to ich obowiązek. Ale zanim się zdecydujemy to ona zadzwoni do koleżanki, która pracuje na SOR gdzie zostawiłam mamę. Porozmawiała i stał się cud ! Zabrano mamę na badania, konsultacje itd. Dostała kroplówki i właściwie mogłaby wracać do domu tylko, że trzeba było czekać 3 godziny na wynik morfologii. 3 godziny na oddziale ratunkowym ! Paranoja ! Tak się przecież blokuje łóżka dla innych pacjentów. Brak słów. Dobrze, że w ogóle ulżyli w bólu. Oczywiście przy wypisie zaznaczyli, żeby już więcej do nich nie przyjeżdżać. Wizyta na SOR przyniosła krótkotrwałą poprawę więc wyczerpując wszystkie możliwości padła decyzja na hospicjum bo tylko tam mogą podać coś w formie kroplówki itp. Dzisiaj tam byłam, nie ma problemu, przyjmą mamę za kilka dni. Były pytania co z domowym hospicjum i tu znowu koszmar walki. Zapisałam mamę 8 miesięcy temu. Do dzisiaj zero odzewu, gdy dzwoniłam twierdzono, że są długie kolejki. Pani ze stacjonarnego była oburzona, podpowiedziała abym się jeszcze raz z nimi skontaktowała i postraszyła, że byłam w NFZ i coś tu nie pasuje. Tak zrobiłam. Jeden telefon i hasło NFZ zadziałało piorunująco. Proszę dostarczyć dokumenty i od razu zajmiemy się pacjentką !

    Nigdy nie sądziłam, że będę musiała pokonać tyle trudności. Zdrowy człowiek miałby dość a co powiedzieć gdy jest chory. Nie wymaga zbyt wiele, potrzebuje odrobiny empatii i pomocy kiedy naprawdę nie ma innego wyjścia.

    Wygadałam się i jest mi odrobinę lżej :)

    Pozdrawiam wszystkich walczących i życzę Wam kochani tylko i wyłącznie samych pozytywów w zderzeniu z medyczną machiną :)

  • 4 lata temu

    Niestety Agnieszko wszyscy walczymy z systemem jednak słowo NFZ działa jeszcze na nich bo oni boją się kontroli bo gdy zostaną skontrolowani to zawsze coś im znajdą. Wytrwałości w tej ciężkiej i nierównej walce potrzeba i siły!!!!😞

  • 4 lata temu

    Agnieszka76  chyba nie ma co się zastanawiać co jest ważne w zderzeniu w walce z chorobą bo zarówno lekarz i jego profesjonalizm plus empatia i cholerne procedury które muszą mieć miejsce. Te dwie rzeczy są zawsze i jeśli do tego dodamy patrzenie na ludzi chorych jak na ludzi właśnie a nie jak na cyferkę w statystykach to wspólnie możemy odnieść sukces a pozytywne nastawienie pacjenta to sukces prowadzącego lekarza. To takie proste...że aż nie do uwierzenia.

    Życzę Twojej mamie cierpliwości i wyjścia na prostą, mając tak oddaną córcię jak Ty to się musi udać !!

  • Dziękuję Kochane za dobre słowo. Na Was zawsze mogę liczyć. 

    Musiałam się wygadać. Często ta bezsilność doprowadza mnie do łez. Zamiast skupić się na swoim zdrowiu całe siły tracę na użeranie się z systemem. Jednak wiem, że jeżeli osobiście nie zajmę się walką o mamę to nikt tego nie zrobi. Już dawno lekarze wydali wyrok ale mój upór sprawił, że nadal żyje. Poprzez swoje doświadczenia z choróbskiem przynajmniej wiem gdzie się bezpośrednio kierować i mimo wielu przeszkód nigdy się nie poddaję. Szkoda mi pacjentów, którzy nie posiadają takiej wiedzy, nie potrafią stanowczo reagować na spychologię, zostają sam na sam z chorobą i bezsilnością. Eh dużo by pisać.

    Jeszcze raz Wam dziękuję dzielne Kobietki :*

  • 4 lata temu

    Agnieszka.

    Stwórzmy pokój w którym będziemy mogli opisać swoje doświadczenia. Te dobre również bo one nam uświadomią jak powinniśmy postępować w róźnych sytuacjach. 

    Mam na myśli np.

    Na co leczyli a po jakim czasie prawidłowa diagnoza przez jakiego lekarza postawiona.

    Jakie i po jakim czasie wykonane badania.

    Jaki szpital,mały,duźy , klinika. 

    Empatia i jej brak. 

    Jaka informacja od lekarza i jakie sposoby leczenia. 

    Nasze podejście do sposobu leczenia. 

    Nasza wiedza na dany temat pocodzi od lekarza., internetu, forum.

    Taki opis tego złego i dobrego na etapie leczenia.

    Nie całkiem jestem przekonany do tego pokoju.

    Pozdrawiam serdecznie

  • Heniek uważam, że to dobry pomysł. Stwórz pokój gdzie inni będą mogli podzielić się swoimi historiami. Sądzę, że taka wiedza będzie użyteczna. 

  • 4 lata temu

    Agnieszko, napiszę Ci moją historię. 11 sierpnia mąż był na wizycie kontrolnej, onkolog stwierdził stabilizację choroby nowotworowej, natomiast płyn w  jamie brzusznej, podwieszone jelito określił jako podniedroznosc (możliwość powikłania po radioterapii albo zrost pooperacyjny)kazał obserwować i ewentualnie konsultowac z chirugiem. W nocy z 15/16 sierpnia mąż dostał silnych bólów brzucha i trafiliśmy na chirurgie naszego powiatowego szpitala. I... zaczęło się! Usłyszałam, że mąż jest w stanie terminalnym, przerzuty są w całej jamie brzusznej i nie da się nic zrobić. Kiedy usiłowałam tłumaczyć, że pięć dni temu usłyszałam co innego, nikt nie słuchał. Prosiłam i błagalam o konsultację onkologiczna, ale znów usłyszałam, że powinnam się cieszyć, że mąż leży na tym oddziale, bo należy mu się tylko oddział paliatywny. W końcu zaczęłam walczyć, za poradą Rzecznika praw pacjenta, złożyłam formalny wniosek do dyrekcji o przeniesienie męża do ośrodka onkologicznego. Niestety dyrekcja stanęła po stronie ordynatora chirurgii, a mnie wysłała do psychologa i szpitalnej kaplicy. Wtedy dostałam szału, objezdzilam okolicznych onkologow i chirurgów onkologicznych, po awanturze w dyrekcji, kiedy już sama załatwiłam miejsce w szpitalu klinicznym na oddziale chirurgii onkologicznej łaskawie wysłano męża na konsultację, o ironio losu trafiliśmy na onkologa który badał męża właśnie 11 sierpnia. Nie muszę pisać, że kiedy opowiedzalam jakie słowa usłyszałam, był w  szoku. Potwierdził w konsultacji, co powiedział, wcześniej, czyli, że badania obrazowe nie potwierdzają wznowy. Powiedział mi też, ze nie wiadomo co zastana chirurdzy w brzuchu (być może być to naciek nowotworowy), ale bezwzględnie męża należy leczyć. Po kolejnych przebojach (wypis, transport, itp) mąż leży na chirurgii onkologicznej, czeka na poniedziałek bo ordynator ma ustalić plan działania. Obrzęki powoli ustępują (po diuretykach i albuminach). Cokolwiek będzie się działo dalej, wiem, że zrobiłam wszystko co mogłam. A ordynator tego oddziału powiedział bardzo mądre zdanie "... Chce pani być pewna, że jeżeli mąż przegra, to z rakiem, a  nie z niedroznoscia... Tak, chcę być pewna! I mam nadzieję, że to tylko niedroznosc, z którą chirurdzy dadzą sobie radę. A porównując postawę lekarzy tam i tu... brak słów i tyle. 

  • Maba doskonale Cię rozumiem. Widzę, że też jesteś nieustępliwa i bardzo dobrze ! Niektórzy lekarze sądzą, że są wyrocznią, że każdy chory będzie przed nimi klękał, tulił uszy i grzecznie się od nich odczepi. Myślą, pojawił się pacjent, który jest nieświadomy swoich praw więc go odeślemy. Czasy się zmieniły, jesteśmy bardziej rozeznani w tym co nam się należy. Mi też na SOR próbowano wmówić to samo co Tobie, że oni nie zajmują się przypadkami onkologicznymi chociaż mają oddział onkologiczny ! Nie będę się powtarzać bo wszystko wcześniej opisałam. Jednak warto przypominać o prawach pacjenta. Jeśli pojawiają się problemy wszystko trzeba mieć na piśmie i nie bać się tylko od razu interweniować u dyrekcji. Najlepiej właśnie w formie pisemnej skargi. A gdy to nie pomaga wtedy najlepiej zwrócić się do NFZ. 

    U mojej mamy rozwój choroby został zatrzymany, nie ma dalszego rozsiewu ale lekarze na to nie patrzą. Rak to rak, nie chcą się zajmować takimi pacjentami. Obecnie przebywa w hospicjum, tam jej pomogli, bóle się zmniejszyły, apetyt wrócił. Lekarz prowadzący widzi znaczną poprawę. Jeśli taki stan się utrzyma to zostanie wypisana do domu. A przecież onkolog mógł załatwić sprawę, cały czas jest jego pacjentką. Tłumaczenia, że przeprowadza badania, wypisuje recepty tylko w środy jakoś mnie nie przekonują. Oczywiście tej sprawy nie odpuszczę, dowiem się jaka jest prawda.

    Życzę Tobie oraz mężowi dużo sił oraz empatii ze strony personelu medycznego.



Zaloguj się lub Zarejestruj, żeby odpowiedzieć lub dodać nowy temat